16:02

Japonia (nareszcie). Lot i Tokio: Shinjuku

Trochę nie dociera do mnie, że tydzień temu o tej porze byliśmy na innym kontynencie. Japonia wydaje mi się teraz odległa niczym sen, więc najwyższy czas napisać coś o wyprawie, zanim jeszcze więcej szczegółów uleci mi z pamięci. Zapraszam do Tokio!
Wycieczkę do Japonii zorganizowałam sama. Nasza wyprawa trwała 23 dni, 21 dni samego zwiedzania, po odliczaniu czasu spędzonego w samolotach ;) Dwa miesiące przed wyjazdem były dla mnie trudne ze względów zdrowotnych i osobistych, więc mimo niedociągnięć organizacyjnych i tego, że nie zrealizowaliśmy w 100% planu zwiedzania, wyjazd oceniam jako bardzo udany. Miejsca, które odwiedziliśmy i o których będziecie mogli przeczytać na blogu, to:
Tokio, Kamakura, Kioto, Himeji, Osaka, Nara, Hiroszima, Miyajima i Hakone.

Powinnam Was ostrzec, że jesteśmy fanami japońskiej popkultury i poza zabytkami zwiedzaliśmy namiętnie wszelkie sklepy z używanymi książkami i/lub gadżetami, toteż znajdzie się tu sporo zdjęć rzeczy, które znaleźliśmy w sklepach, etc. W sumie zachowywaliśmy się trochę jak japońscy turyści i robiliśmy zdjęcia wszystkiemu: przechodniom, budynkom, plakatom, drzewom ;) Stąd też liczba naszych zdjęć z wyjazdu sięga kilku tysięcy, ale spokojnie, na rzecz wpisów dokonam odpowiedniej selekcji. Okej, po tym przydługim wstępie czas na relację! 

LOT

Na Okęciu z przynoszącym szczęście kotkiem maneki neko. Wygodne buty i ubranie na cebulkę :D 

Podróż przebiegła bez problemów i była nawet nieco mniej męcząca, niż zakładałam, zważywszy na to, że od wyjazdu Polskim Busem (za złotówkę!) z Wrocławia do Warszawy do momentu zameldowania w hotelu w Tokio minęło 27 godzin. Na lotnisko dotarliśmy z ponad dwugodzinnym wyprzedzeniem. Przed bramkami spotkałam się ze znajomymi, które zupełnie niezaleznie od nas kupiły bilety na ten sam samolot (o czym dowiedziałam się przypadkiem). Bezpośredni lot trwał ponad 10 godzin. Zwykle w samolotach śpię bez problemu - tym razem przespałam jedynie 2 godziny. Ekran, słuchawki, system rozrywki (filmy, seriale, gry, książki, muzyka), kocyk, poduszka, dwa dość przyzwoite posiłki, duży wybór picia (czarna i zielona herbata, kawa, wino, soki): żyć, nie umierać! Z obejrzanych programów najbardziej zapadło mi w pamięć kreskówka o Star Butterfly. Nie puściłabym jej raczej swojemu dziecku ;) W samolocie musieliśmy wypełnić deklaracje o tym, czy nie wwozimy na teren Japonii jakichś niedozwolonych przedmiotów, podać adres planowanego miejsca pobytu etc. Już z samolotu gdzieś za mgłą zamajaczył nam góra Fuji. Niestety takim widokiem musieliśmy się zadowolić do końca pobytu: zarówno kiedy wjechaliśmy na punkt widokowy w Tokio, jak i wtedy kiedy udaliśmy się do Hakone, mgła skutecznie uniemożliwiła nam obejrzenie słynnego wulkanu w pełnej krasie. Musimy to nadrobić przy okazji kolejnej wyprawy ;)


JAPONIA - pierwsze godziny, pierwsze wrażenia 
Wszystkie kontrole, zdjęcie odcisków palców i przejście przez bramkę mierzącą temperaturę przebiegły bezproblemowo. Pan celnik po otwarciu walizki zdziwił się, jak wiele jest w niej ubrań. Potem stwierdziłam, że rzeczywiście niepotrzebnie wzięliśmy ich aż tyle: nie byłoby problemu ze skorzystaniem z pralki w hostelu bądź znalezieniem publicznej pralni. Przenieśliśmy przez granicę dwa jabłka, o których przypomnieliśmy sobie w ostatniej chwili. Przemyt wyszedł nam na dobre, gdyż ceny jabłek w Japonii są niesamowicie wysokie w porównaniu z polskimi. Pierwsza niespodzianka spotkała nas od razu po wejściu do sali przylotów, kiedy to podeszła do nas ekipa z japońskiej telewizji. Pytali nas, dlaczego przylecieliśmy do Japonii, co chcemy zwiedzać, na co najbardziej czekamy. Normalna procedura wyglądała tak, że pan reporter zadawał pytania po japońsku, miła pani stojąca obok tłumaczyła, a równie miły pan z kamerą nagrywał. Zdradziłam się jednak z moją (szczątkową niestety) znajomością japońskiego i odpowiadałam trochę po angielsku, trochę po japońsku, a mój narzeczony musiał upominać się o tłumaczenia. Byliśmy zmęczeni, spoceni i rozczochrani, poza tym pewnie w emocjach gadałam głupoty, ale mimo wszystko żałuję, że nie spytałam o nazwę stacji/programu. Pani w informacji turystycznej mówiła dość przyzwoicie po angielsku i dowiedzieliśmy się od niej, gdzie kupić kartę SIM z mobilnym internetem, wymienić dolary na jeny i aktywować bilet Japan Rail Pass (tutaj więcej informacji na ten temat). Przy zakupie karty z automatu nie zorientowaliśmy się od razu, że trzeba podnieść klapkę, żeby wsunąć banknot... Na nasze usprawiedliwienie: Japończyk, który próbował nam pomóc, i Polka, która próbowała po nas kupić kartę, również mieli z tym problem. Ze skonfigurowanym mobilnym internetem ruszyliśmy do biura Japan Railways, gdzie po czekaniu w dość długiej kolejce i zgarnięciu mnóstwa folderów reklamowych aktywowaliśmy nasze passy, a przemiły pan Yamazaki ("please call me Zakky", głosił napis na stojącej obok wizytówce) od razu zarezerwował nam bilety na najbliższy ekspres do Tokio. Po przejściu przez bramkę nie wiedzieliśmy, jak dalej iść, a pani sprzytajaca zapytana o to zostawiła mopa i zjechała z nami windą na peron, nawet wskazała gdzie zatrzyma się konkretny wagon! Pociąg był wygodny i miał specjalne miejsca, gdzie można było zostawić bagaże i przypiąć je zamkami na szyfr. Minęliśmy najpierw sporo terenów zielonych, potem dużych bloków mieszkalnych, gdzie prawie w każdym oknie i na każdym balkonie było pranie ;) W pociągu wyświetlana była trasa pociągu, również w alfabecie łacińskim, informacje o utrudnieniach w transporcie ("linia XYZ ma opóźnienie ze względu na wypadek") i reklamy. Chciałam sprawdzić, czy toaleta jest jedną z tych dość słynnych, supernowoczesnych, ale nie zdążyłam. 
Dopiero w pociągu przypomnieliśmy sobie, że mieliśmy na lotnisku wymienić dolary na jeny... Na szczęście mieliśmy wystarczająco lokalnej waluty, by przeżyć pierwsze dni. 

TOKIO! 
Na stacji Tokio musieliśmy przesiąść się na metro w stronę dzielnicy Shinjuku. Bałam się, że wysiądziemy i będziemy totalnie zagubieni (rzućcie tylko okiem na plan tokijskiego metra!), ale wiedzieliśmy, jaką linią mamy jechać, a oznaczenia były w wielu miejscach i również w alfabecie łacińskim. Po konsultacji z panią z informacji kupiliśmy w kiosku dwie karty Suica. To karty pre-paid, którymi można płacić nie tylko w metrze. Po "odbiciu" jej przy bramce automatycznie pobierana jest odpowiednia kwota, co jest bardzo wygodne. W metrze głównie obserwowałam ludzi (uczennice w mundurkach, starsze panie, hiszpańskojęzycznych turystów ;) i nasłuchiwałam komunikatów. Po wyjściu ze stacji Shinjuku Gyoenmae ("Ogród Shinjuku") dzięki Mapom Google w ok. 10 minut dotarliśmy do hotelu. Zameldowanie było bezproblemowe. Zdjęciami pokoju pochwalę się w kolejnych wpisach. 
Po upragnionej kąpieli mimo ostrzeżeń, że najlepszą metodą na jet lag jest nie kłaść się i od razu przestawić się na lokalną godzinę, po prostu padliśmy. Wizja spania w łóżku po raz pierwszy od 31 godzin wygrała. Po pobudce nastąpiła szybka mobilizacja. Pierwszego dnia nie zrobiliśmy zbyt wiele, jedynie pospacerowaliśmy po okolicy. 

Pierwszy napotkany automat z napojami. Są na każdym kroku. 

Przeszliśmy zaledwie kilka minut, a już trafiliśmy do chramu shinto, rodzimej japońskiej religii.

Ostrzeżenie przed krukami. 

 Wróżby. Oby złe się nie spełniły, a dobre tak!

Chram. Potem na mapce wyczytaliśmy, że jego nazwa to Hanazono Jinja.



Znajomy pan.

Pierwsze zaskoczenie: wizyta w Taito Station, wielopiętrowym budynku pełnego automatów tego typu. Był naprawdę ogromny!

Okolice naszego hotelu wieczorem. Znajomy akcent: Burger King.


Pierwszy posiłek w Japonii: ryż curry i zupa miso w Sukiya. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to sieciówka fast food. Smacznie i tanio! W Sukiyi po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z podgrzewaną deską klozetową :D 


W drodze powrotnej zauważyliśmy pierwszego Book-Offa. Book-off to najpopularniejsza sieć sklepów z używanymi książkami, płytami, komiksami, w niektórych placówkach również elektroniką, odzieżą, figurkami etc. Ten pierwszy był chyba drugim najmniejszym, jaki odwiedzieliśmy podczas naszego wyjazdu, ale wtedy zrobił na nas piornujące wrażenie. Wszystko co widziecie wokół mnie to komiksy, wiele z nich za 100 jenów (poniżej 4 zł!). Mogłabym tam zamieszkać.

Desery, których nie spróbowałam :(

Błądząc po Shinjuku odwiedziliśmy m.in. sklep papierniczy. Śliczne, ale dość drogie pieczątki. 

Weszliśmy też do Don Quijote (Donki :D). A cóż to takiego? Dowiecie się następnym razem!

Uff, ale długi wpis wyszedł! Następnym razem spodziewajcie się mniej tekstu, a więcej zdjęć. 

5 komentarzy:

  1. Ależ Wam zazdroszczę! :D 21 dni w Japonii! :D Marzenie! :D Czekam na więcej postów! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. E tam jet lag, spanie się człowiekowi od życia należy! Piękne rzeczy, kari wygląda smakowicie, a book-offy najlepsze. Czekamy na więcej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zamiast zwiedzania utonęłabym tam w żarciu i książkach... Tylko kiedy będzie mnie stać? Ciągle są ważniejsze wydatki, a jechać samej na nieogara też się boję...

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wyjazd😎 Jestem ciekawa dalszej relacji.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie, że tam trafiliście.
    Hanazono Jinja największe wrażenie robi wieczorem - z rozświetlonych neonami i rozkrzyczanych, głośnych od knajpek, salonów pachinko i ruchu ulicznego głównych ulic Shinkuju, ciemną alejką przechodzi się do cichutkiego parczku z pięknie oświetloną świątynią. Coś niesamowitego. :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Przez okulary , Blogger